Translate

wtorek, 1 października 2013

Young and Beautiful

Coś jest ze mną nie tak. Mam jakąś rysę w sobie, która wszystko niszczy, nie pozwala mi się rozwinąć. Jakiś strach, który blokuje, a ja nawet nie zdaję sobie z niego spawy. Nie można walczyć z czymś, o czym nie wie się, że jest, prawda?
Spotykamy się. Doszliśmy do porozumienia i spotykamy się, kiedy tylko ma wolne. Do tej pory było to proste bo zajęcia zaczynam dopiero w czwartek więc miałam nadmiar wolnego czasu. U mnie w domu, na godzinę czy parę. Wszystko fajnie.
I dzisiaj doszłam do wniosku, że najrozsądniej byłoby to skończyć. Chociaż od początku wiedziałam, że to nie jest nic na zawsze, może nawet nie na rok czy na pół roku, że to na teraz. Ale teraz, po krótkiej rozmowie czy raczej wysłuchaniu spostrzeżeń z jego strony zauważyłam jak bardzo to wszystko nie ma sensu. My po prostu spędzamy razem czas, zabijamy nudę...
Wszystko jest dobrze póki siedzimy w domu. Kiedy już wychodzimy, zaczynają się schody...
Tak, to ja chciałam wyjść razem na miasto. Miałam trochę inną wizję, myślałam o knajpie w weekend ale on już z tego "wyrósł". Ja też wyrosłam już z wychodzenia na imprezę, upijania się póki film się nie urwie i wracania do domu kiedy słońce pojawia się na niebie... Jego wizja wyjścia na miasto to wspólna kolacja w knajpie. Do tego ja nie jestem przyzwyczajona i na dodatek moje upośledzone kubki smakowe wstrzymują mnie przed próbowaniem nowych rzeczy. Boję się, że okaże się "niedobre" i nie będę miała co zrobić z daniem, a nie lubię marnować w ten sposób jedzenia. W domu takie eksperymenty są bezpieczniejsze. Ale może jednak to nie jest głównym problemem, tylko właśnie mój brak "przyzwyczajenia" do takiego spędzania czasu. Jedzenie w knajpie zawsze było u mnie efektem wyjścia na dłużej z domu i potrzeby zjedzenia czegoś w między czasie, wakacji poza domem, itp. Może to mnie blokuje przed rozmową, może dlatego tak się zamykam, bo nie potrafię się zachować, nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji, czuję się nieswojo.
A może jednak niepotrzebnie to ciągnę. Może lubię spędzać z nim czas bo mi imponuje. Imponuje mi i czuję się "lepsza" bo ktoś taki jednak zwrócił na mnie uwagę i poświęca mi swój czas. Bo jest osiem lat starszy (zawsze mnie ciągnęło do takich różnic, ale tylko kiedy to ja jestem młodsza), bo ma pasje, doświadczenie, wiedzę, zapał i pomysły, których ja nie mam albo nigdy nie miałam odwagi/cierpliwości/woli/czegokolwiek by zrealizować. Zawsze szybko się zniechęcałam, nudziłam, poddawałam... Nic nie potrafiło mnie nigdy zainteresować na dłużej, zwłaszcza kiedy nie wychodziło mi od razu albo wymagało zbyt dużo czasu. A on ma fajną pracę (przynajmniej wg mnie), podróżował, zna się na wielu rzeczach, które mi się podobają, do których mnie ciągnęło ale nigdy nie potrafiłam się tym bardziej zainteresować, żeby coś z tym faktycznie zrobić. Ma to, co zawsze chciałam mieć i jest facetem, jakiego chciałam mieć, bo mi imponuje. Może jednak zbyt dużo nas różni żeby kontynuować to nawet w tak błahy sposób jak teraz. Może jestem zbyt młoda i zbyt głupia dla takiego faceta, który wbrew pozorom lepiej ode mnie potrafi określić czego chce. Ja ciągle nad tym myślę, każdą myśl, którą mi podrzuci czy która w jakiś sposób się narodzi po tym co powie analizuję, rozważam, starając się dopasować ją do siebie i zastanowić co właściwie o tym myślę.
Inspiruje mnie w jakimś stopniu. Inspiruje mnie do zmian, do wydoroślenia. I może dlatego tak się go trzymam, żeby wyciągnąć jak najwięcej dla siebie samej. To taki motywator, który, mam nadzieję, pomoże mi się stać taką osobą... kobietą, jaką chciałam być. Tylko, nie wiem czy ja jestem stworzona, żeby taka właśnie być, może się do tego nie nadaję, tylko to wydaje mi się "lepsze" i dlatego do tego ciągnę... A może ja dalej nie wiem kim i jaka chcę być. Może chcę być wszystkim na raz...



piątek, 20 września 2013

Idiot Box

Poznaliśmy się w zeszłą sobotę. Właśnie przeprowadziliśmy poważną rozmowę, gdzie jak zwykle się okazało, że nie znam się na ludziach. Dopiero po niej zaczęłam z niego czytać prawie jak z otwartej książki.
8 lat różnicy. Sam do końca nie wie czego chce. Ja właściwie też nie. Wydaje mi się, że wiem. Na pewno wiem, że chcę być szczęśliwa.
"Nie jest facetem dla mnie". Bo inne oczekiwania. Bo ja "mam" oczekiwania.
Sama nie wiem jakie są moje oczekiwania oprócz tego żeby ktoś był.
Po tej rozmowe moje nastawienie wróciło do stanu z momentu kiedy się poznaliśmy. Zero oczekiwań, pewnie i tak nie wypali.
Ale chcę się spotykać tak jak do tej pory. Bez oczekiwań i spiny. Coś wyjdzie - spoko. Posypie się bardziej - spoko.
Inne "zasady" i opcje - do omówienia.
Trochę żałuję, ale podświadomie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji.

piątek, 9 sierpnia 2013

Note to Self #1

Pora zagłębić się bardziej w literaturę amerykańską. Wypadałoby w końcu. Robię listę książek to zaliczenia prędzej czy później, mniej lub bardziej klasyczne. Gdyby ktoś miał jakieś opinie na temat któregoś tytułu, nie krępować się - pisać. Nie obchodzi mnie zdanie na temat filmów ;) Lista stopniowo będzie rosła, a może nie być tego teraz zbyt dużo, bo część tytułów już znam.

1. Tim O'Brien - Going After Cacciato ("W pogoni za Cacciatem")
2. Theodore Dreiser - Sister Carrie ("Siostra Carrie")
3. Nancy H. Kleinbaum - Dead Poets Society ("Stowarzyszenie umarłych poetów")
4. Joseph Heller - Catch 22 ("Paragraf 22")
5. William S. Burroughs - Naked Lunch ("Nagi lunch")
6. William Faulkner - Light In August ("Światłość w sierpniu")
7. Herman Melville - Moby Dick
8. F. Scott Fitzgerald - Tender Is the Night ("Czuła jest noc")
9. John Updike - Couples ("Pary")

wtorek, 30 lipca 2013

untitled #6

Wiecie co? Muszę zrobić z tego bloga coś produktywnego. Nie, nie planuję kariery blogerki ale czas zamknąć tamten etap definitywnie. W sensie, nie wiem, jakoś strasznie tu smutno, nie chcę tego. Nie da się niestety ukryć części archiwum, a chyba nie chcę mimo wszystko kasować tych starych postów. Rozważam założenie drugiego bloga, żeby móc temu pozwolić spokojnie uschnąć...

piątek, 12 lipca 2013

Good Times Bad Times

Kurde.
Wróciłam do domu (w sensie, do rodzinnego miasta) na wakacje. Dzisiaj w poczekalni u dentysty wpadłam na znajomą mojej mamy, kosmetyczkę. Rozmawiałyśmy trochę o wyjeździe z miasta, o tym jak to my, młodzi ludzie nie wracamy po studiach do naszego małego miasta. Ona mówiła o swojej siostrzenicy, ja o sobie. W pewnym momencie padło pytanie "a jakiś chłopak jest?".
Z jednej strony, to co cię to obchodzi?
Z drugiej strony, poczułam się źle, żeby nie powiedzieć głupio.
Właściwie to dlaczego? Czasy, kiedy trzeba było wyjść za mąż do pewnego wieku żeby nie zostać "starą panną" dawno minęły (czy o czymś nie wiem?).
Odpowiedziałam na to pytanie "Był ale się zmył" jakbym chciała się wytłumaczyć. Chociaż akurat to nie zabrzmiało najlepiej, bo jakby sam odszedł. (Co w sumie jest prawdą ale nieważne w tym momencie.)
Poważnie, zastanawiam się cały czas dlaczego poczułam się źle. Bo poczułam, że może coś jest jednak ze mną nie tak? No przecież prędzej czy później przyjdzie a jak nie to co ja poradzę? Przecież to nie jest mój wybór. Mam szacunek do siebie (i innych też) i nie wiążę się z pierwszym napotkanym facetem, który na mnie leci, tylko po to żeby z kimś być.
Więc dlaczego kurde poczułam się źle? I to właściwie po raz pierwszy?
Zegar tyka?